Świętego Rocha
Wczoraj, w tak wielkie święto czyli Wniebowzięcie NMP upadłem podpuszczony przez Szatana! To wielka przykrość, bo stało się to w rocznicę mojego nawrócenia (15.08.1998)...w Sanktuarium MB Pocieszenia Strapionych w Lewiczynie.
Sam się zdziwiłem, ale dzisiaj, gdy to zapisuję muszę przekazać wszystkim, że Szatan szczególni nienawidzi Matki Zbawiciela, a co za tym idzie kapłanów oraz tych, którzy poszli za Panem Jezusem. Bestia wprost „dwoi się i troi” w takich dniach!
Popłakałem się i przeprosiłem Boga Ojca z pocałowaniem Jego wizerunku. Dziwne, bo nagle wróciło poczucie bliskości Stwórcy, który obecnie - w moim kulcie - jest na pierwszym miejscu. Zarazem napłynęło natchnienie, aby dzisiaj przystąpić do spowiedzi. Faktycznie nie mógłbym przystąpić do Komunii św.! Tutaj dodam, że "normalne" grzechy zmywa św. Hostia czyli połączeniu mojej duszy z Duchowym Ciałem Pana Jezusa, które wchodzi do odrobiny chleba...podczas konsekracji!
Zbudzono mnie o 4.00 z poleceniem zapisu świadectwa z poprzedniego dnia. Naprawdę nie wiedziałem w jakiej intencji mam poświęcić wczorajszy dzień (myślałem, że za ojczyznę, ale to jest pojęcie ogólne). Sam zobacz jak zostałem poprowadzony, nawet wskazano na zapis z 2023 r. dotyczący KO (od „sasa do lasa”).
A co z dzisiejsza spowiedzią? Pojechałem wcześniej na Mszę św. o 7.00, zabrałem ze sobą formułę i zatrzymałem się przy konfesjonale, gdzie po chwilce przybył „mój” kapłan, nawet mnie widział. Zawsze żartuję, że penitentów (paenitens – pokutujący) z jednym grzechem nie obowiązuje kolejka.
Po wyjściu z konfesjonału ból ścisnął serce, a łzy zalały oczy. Nie mogłem się ukoić z powodu Dobroci Boga Ojca! Każde słowo czytań nasilało to uczucie. U mnie jest to znak prawdy!
1. Pan przekaże przez proroka Izajasza (Iz 56,1.6-7): „moje zbawienie już wnet nadejdzie i moja sprawiedliwość ma się objawić”. Błogosławiony jest człowiek żyjący w prawości, który nie dopuszcza się zła.
2. Psalmista zawołał (Ps 67,2-3.5.8): „Niech Bóg się zmiłuje nad nami i nam błogosławi, niech nam ukaże pogodne oblicze.
3. Mój profesor św. Paweł stwierdził to czego pragnę (11,13-15.29-32): „cały czas chlubię się posługiwaniem swoim w tej nadziei”, że „niektórych (…) doprowadzę do zbawienia.”
4. Natomiast Pan Jezus (w Ewangelii: Mt 15,21-28) pomógł kobiecie kananejskiej w uwolnieniu jej córki od złego ducha.
Św. Hostię trzymałem w ustach jak największy skarb, a po wyjściu z kościoła siedziałem na ławce zjednany z Panem, ponieważ potrzebowałem „bycia na pustyni”. Zważ, że przemiana mojego ciała z duszą na duszę z ciałem dokonała się błyskawicznie.
Dopiero późnym wieczorem odczytam ww. intencję. Wśród ludzi jest małe poczucie grzeszności, przecież „nikogo nie zabiłem”, itd.! Stąd wczorajsza opinia o naszym premierze, który krytykuje wyciąganie rąk do Boga. Ja właśnie tak uczyniłem i to z płaczem.
Sam możesz przekonać się o efekcie i to w tak drobnej sprawie, a cóż dopiero z prośbami o Opatrzność Bożę nad naszą ojczyzną! Nie wystarczy SAFE, bo żadna broń nie wystarczy na opętanych przez władzę i to nad światem…
APeeL
Przypomnę podobny dzień sprzed lat…
16.08.1994(w) ZA IDĄCYCH ZA PANEM JEZUSEM NA KALWARIĘ
Św. Rocha
Zerwałem się przestraszony snem, gdzie w błysku Pan Jezus z krzyża wyciągnął do mnie prawą rękę (jak na wczorajszym obrazie w Sanktuarium MB w Lewiczynie). W ciemności zawołałem:
"Tato! Tatusiu! Ja już mam wszystko, bo otrzymałem Ciebie. Proszę tylko o ochronę Świętego Michała Archanioła, a zarazem dziękuję za Kościół święty i za pokój w ojczyźnie". To popłynęło prosto z duszy i trudno jest przekazać bez nagrania.
5:50 czas na Mszę świętą, a pod kościołem usłyszałem początek modlitwy: "W Imię Ojca". Natomiast w Ew (Mt 19,23-30) Pan Jezus powie: "Każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi".
Przepłynęły osoby żyjące dla Pana Jezusa, a sam poczułem się takim, ponieważ wszystko opuściłem w sercu. Pragnę nieść krzyż Pana Jezusa i tak się stanie po latach.
Podczas Eucharystii, którą przyjąłem w intencji tego dnia; za porzucających ten świat, służących Panu Jezusowi oraz ostatnich na ziemi. Na ten czas otrzymałem znak: przede mną szło dwoje utykających, pochylona babulinka, a z boku podszedł niewidomy, którego pokierowałem.
Zjednany z Panem Jezusem padłem na kolana i nie mogłam wyjąć twarzy z rąk, a później wyjść z kościoła. Wkoło powtarzałem: "Niech będzie pochwalony Najświętszy Sakrament" dodając słowa z pieśni, aby Zbawiciel wziął moją duszę i serce.
Podczas pracy w przychodni byłem łagodny z sercem zalanym pragnieniem pomagania, obdarowywania...przekazałem biednym leki otrzymane od firm. Zaleciłem, aby dziękowali Bogu, a nie mnie. W tym czasie z kasety popłynie pieśń: "Ty, Panie tyle czasu masz, mieszkasz w chmurach i w błękicie, a ja na głowie mam tyle spraw...Ja się nie skarżę na swój los". Serce zalała bliskość Boga Ojca, a zarazem smutek rozstania.
Teraz na dyżurze w pogotowiu mam daleki wyjazd, a to czas na modlitwy z kojeniem przez widoki mijanych krzyży oraz figury Matki Bożej. Pocieszyłem przestraszoną oraz zbadałem 90-latka. Jakże smutna jest jego życie w obskurnej chacie, samotności w oczekiwaniu na dom starców.
Ile cierpień doznają ludzie, bo właśnie zostałem wezwany do zabitego odłamkiem drzewa...wbity w oczodół przeszył czaszkę na wylot! Pocieszyłem znajome małżeństwo, które prowadzi życie modlitewne, a zarazem zostało zaskoczone takim nieszczęściem - to nie jest kara, ale próba, bo zabity wymaga modlitw.
Dzisiaj jest wspomnienie św. Rocha, który żył w XIV wieku i opiekował się zarażonymi na dżumę...został zabity po torturach posądzony o szpiegostwo. Na następnym wyjeździe z radia popłynie wiadomość o bestialskim zamordowaniu kapłana, a także o dalej trwającej rozprawie nad okrutnikami księdza Jerzego Popiełuszki. To przykłady idących za Panem Jezusem, którzy często tracą swoje życie, a zarazem potwierdzenie odczytanej intencji modlitewnej.
Na wizycie u babci zauważyłem figurkę Pana Jezusa z barankiem na rękach. Pomyślałem, że taką owieczką jestem sam. Poprosiłem Pana, aby smutki żony przelał na mnie. Pojawiło się drżenie, przygnębienie bez powodu, zwątpienie i zniechęcenie.
Właśnie kończy się moja "św. Agonia" przed Panem Jezusem Miłosiernym. Późno, całe niebo w gwiazdach, świeci księżyc, a koi dar Boga: modlitwa! W pokoju lekarza dyżurnego przeczytałem słowa z "Prawdziwego Życia w Bogu": "Moi przyjaciele i Moi pasterze, nie bójcie się, idźcie za Mną. (...) Podążajcie za Mną aż na Kalwarię po skąpanych we krwi śladach Moich kroków".
Zgasiłem światło, a Pan Jezus Miłosierny "patrzył" oświetlony latarnią zza okna...jakże to niesamowite! "Jezu mój! Jezu! Spraw, proszę, abym pozostał ci wierny, wytrwał, nie bał się dawania świadectwa, ponieważ widzę to, co Ty - morze obojętności i niewiary, a czas się kończy!"
Na koniec zostałem wezwany do bogatej pani, którą uspokoiłem...umówiliśmy się, że zbiorę jej wszystkie schorzenia i pobierane leki. Niespodziewanie zostałem obdarowany, a to sprawi, że będę miał na prezent dla żony z okazji jubileuszu ślubu. Zdziwiony kręciłem głową wiedząc, że jest to dar od Pana Jezusa...
Podziękowałem Bogu Ojcu za ten dzień mojego życia...
APeeL